Pracowałem z domu, więc mogłem sobie spokojnie zamówić kuriera na ówczesny adres zamieszkania, zrobić obiad i cały dzień spędzić w bieliźnie. Coś poszło jednak nie tak. Patelnia i kurier.
Lada chwila spodziewałem się kuriera, a że umierałem z głodu to postanowiłem na szybko przygotować warzywa na patelni z kurczakiem. Wziąłem patelnię, nalałem 10g oleju (tak dziesięć, bo wtedy walczyłem z nadwagą i liczyłem wszystko) i wrzuciłem na gaz. W kawalerce, którą wynajmowałem miałem podwójne drzwi, jedne ze zwykłym zamkiem, a drugie zatrzaskowe, miałem też otwarte okno i mieszkałem na parterze. Najważniejsze info macie, teraz powrót do historii.
Kuchenka gazowa odpalona, patelnia z olejem się nagrzewa, a tu nagle dzwoni kurier, że jest pod drzwiami. Zostawiłem kuchenkę, założyłem jakieś spodnie i wyszedłem na klatkę nie biorąc kluczy, bo odebranie przesyłki to przecież chwila, nie? Kurier wręcza paczkę, każe gdzieś podpisać i nagle za plecami słyszę głośny trzask. Patrzę na kuriera nieobecnym wzrokiem, fakty jeden po drugim zaczęły kształtować pełen obraz sytuacji w mojej głowie, który następnie zwerbalizował się słowami: „o kurwa!”. Patrzę na kuriera, moja świadomość wróciła, on pyta co się stało, ja odpowiadam, że właśnie zatrzasnąłem mieszkanie. Pyta czy nie mam kluczy, mówię że zostały w środku razem z patelnią z olejem na gazie i powtarzam „o kurwa!”. On na to – co za wspaniały człowiek – „aha, to do widzenia”. I ten skurwiel zamiast wykazać się jakąś empatią, zaoferować chęć pomocy czy cokolwiek – szybko się zwinął.
Przeszedłem w tryb McGyvera, zacząłem analizować wszystko co mam pod ręką, a było tego niewiele. Miałem na sobie dres, paczkę od kuriera i tyle. Myślę dalej, i dotarło do mnie, że mam trzy opcje:
- Dzwonię do dziewczyny, żeby przyjechała z pracy i mnie ratowała – zadzwoniłem, nie odebrała – , ale i tak by nie zdążyłaprzed pożarem.
- Zadzwonić do właściciela mieszkania, ale on też w pracy i nie zdąży, a poza tym mnie zabije, a naprawdę lubiłem tam mieszkać.
- Włamać się do własnego mieszkania, w końcu miałem na sobie już strój roboczy typu dres.
Wybrałem trzecią opcję, bo czwartą był telefon do straży pożarnej i przedwczesna informacja, że pożar jest w drodze, co wydało mi się mało atrakcyjnym rozwiązanem.
Ok, włamujemy się, ale jak, mogę spróbować ztaranować dzrzwi, w końcu masa jest (nadwaga jak wspomniałem), ale mój wewnętrzny żyd podpowiada, że to droga impreza, bo trzeba będzie nowe drzwi wstawiać (szkoda, że nie podpowiedział, że spalenie czyjegoś mieszkania jest jeszcze droższe, ale widocznie wiara była we mnie silna), a jak żyć bez drzwi aż ktoś się zjawi? Pozostaje okno, z którego przeciąg mnie tak urządził (pomijając głupotę zostawienia kluczy w środku). Okno nie było otwarte, a uchylone, więc zdałem sobie sprawę, że to zadanie też łatwe nie będzie. Do dzieła, byle patelnia i kurier mnie nie zatrzymają!
Wybiegam w dresie na zewnątrz, paczkę zostawiłem pod drzwiami w nadziei, że nikt mi jej nie skubnie. Wybiegam i zgadnijcie co, ten chuj bez empatii siedzi sobie w aucie i patrzy na rozwój sytuacji, ten gnój ostatni zamiast pomóc, zwinął się jak tylko zwietrzył kłopoty i siedzi tam jak w kinie, czekając na show! W dupie go mam, pędzę do okna. Miałem tzw. francuski balkon, czyli chuj nie balkon, bo to taka zwykłą kratka balkonowa. Wdrapałem się na nią i próbowałem przełożyć te swoje grube wówczas łapy przez małą szparę między uchylonym, a zamkniętym oknem w nadziei, że jakimś ślepym trafem uda mi się otworzyć okno. Pomijając szczegóły, których sam nie pamiętam z powodu adrenaliny, powiem tylko że udało mi się podważyć zawiasy i wejść do środka. Ależ ja byłem wtedy dumny z siebie, czułem się jak bohater Ocean’s 11, ale zamiast świętować szybko wyłączyłem kuchenkę ze spalonym olejem. Swoją drogą ciekawe, czy ten chuj w aucie bił mi brawo.
Patelnia i kurier – epilog
Stało się, co się stało, ale najbardziej ubolewam nie nad własną głupotą, bo cóż nauczyłem się z tym żyć, ale nad znieczulicą ludzką i brakiem empatii. Pomijając tego wzorowego pracownika firmy kurierskiej, który okazał się moim wiernym fanem i widzem, mijało mnie wiele innych osób. Wiele innych osób mijało człowieka w dresie, włamującego się do mieszkania, były to osoby starsze, młodsze, z psami i bez psów i nikt nie zająknął się nawet widząc mnie. Żadnego „dzwonię na policję” czy „może pana podsadzić?”. Nic! Znieczulica. Smutek. Koniec.
Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz